wtorek, 4 lutego 2014

Rozdział 6

- Twoja mama miała problemy z zasypianiem. Za dnia była jak żywe srebro. Prowadziła własną firmę. Zachowywała się jak sierżant. Była… kuloodporna. – powiedział Harry. Chociaż Darcy nie mogła mu odpowiedzieć, wiedział, że córka go słucha. – Ale w nocy… nawiedzały ją koszmary. Leżałem przy niej i… nie mówiłem nic konkretnie, tylko, że ją kocham i wszystko będzie dobrze. Wtedy przesypiała całą noc. Bardzo byś ją pokochała. – szatyn pociągnął nosem. Mężczyzna zakręcił rączką, a czas ponownie wyrównał się do 2 minut i 47 sekund.
- Co jeszcze tu mamy? – 26-latek podszedł do szafek i otworzył jedną z nich. Nie znalazł nic interesującego. – Kocyk. – mruknął, gdy otworzył 2 szafkę. – Ubranka. A to? – mężczyzna wyjął średniej wielkości paczuszkę, która okazała się być pampersami. – Pieluchy. O tym nie pomyślałem. Trzeba ci zmienić pieluszkę. Jest instrukcja. – mężczyzna założył gumowe rękawiczki i przekręcił monitor. – Nie potrzebujemy cię. Sio. Pieluszki dla noworodków. – Harry rozwinął pampersa i przeczytał urywek instrukcji, według której miał odkleić po bokach pampersa zabezpieczenia.
- Czemu się nie lepi? – mężczyzna wyrzucił pieluchę i otworzył „okienka” od respiratora. Następnie zdjął pieluchę, którą miała Darcy. – O tak. Nie jest dobrze. Czym cię mama karmiła? Węglem? Wyjmiemy to. – szatyn obdarł pot z czoła i wyjął brudną pieluszkę.
- Gdzie to położyć? – w końcu Harry rzucił to na ziemię i złapał za taśmę izolacyjną. Urwał 2 kawałki i przykleił sobie na czoło. – Urwę na zapas. – wymruczał i dokleił jeszcze 2. Następnie sprawnie założył dziecku pieluchę, którą zakleił taśmą.
- I jak? – zapytał córki. – W porządku? Ktoś inny niech zmienia następną. Ja mam dosyć.

„Harry siedział na ławce w parku, a słońce muskało jego twarz. Mężczyzna usłyszał syreny policyjne, a boląca głowa dała się we znaki. Szatyn przyłożył torebkę z lodem do bolącej części ciała i westchnął. Obok niego usiadła kobieta, która zawzięcie pisała coś na kartce.
- Tobie też dali raport do wypełnienia? – zapytała, nie odrywając wzroku od papierów. Styles pokiwał głową na „nie” – Nie cierpię papierologii.
- Mam na imię Harry. – mężczyzna wystawił rękę.
- Darcy. – kobieta uścisnęła jego dłoń.
- Miło mi cię poznać.
- Ciebie również. – Darcy uśmiechnęła się uroczo i wróciła do wypisywania raportu.
- Już myślałam, że dadzą mi gwiazdę szeryfa, a tu zonk.
- Nie wychylają się z tym.
- A powinni, zatrzymała rabusia. Widziałeś?
- Tak, widziałem. – Harry odwrócił głowę w stronę gdzie Darcy zatrzymała bandytę. Ciepły wietrzyk otulił ich twarze. – Dobra robota.
- No.
- Widać, że masz wprawę.
- Pewnie.
- Może tobie też dadzą nagrodę. Za to, że zatrzymałeś tego drugiego.
- Mówisz o tym ze spluwą?
- Nom. O nim.
- Nie chcę gwiazdy szeryfa. – Harry posłał jej uśmiech, a Darcy go odwzajemniła.
- To co byś chciał? – Styles zastanowił się chwilę.
- Kolację. – Darcy zagryzła wargę.
- Brzmi zachęcająco.
- Ale ja prowadzę.
- Tak?
- W razie gdyby ktoś przebiegł przez ulicę, żebyś go nie staranowała.
- Musiałeś o tym wspomnieć? – kobieta roześmiała się.
- To grząski temat.
- Wiesz co? Gdy zostanę szeryfem, zalegalizuję to. – Harry zaczął się śmiać, a Darcy uśmiechnęła się z dumą.”

5 godzin po odcięciu prądu.
7:21 pm

- Potem była nasza pierwsza randka, a miesiąc później zamieszkaliśmy razem. Ludzie sądzili, że zwariowaliśmy, a ja pragnąłem być tylko z nią. – opowiadał Harry swojej malutkie córeczce. – Nie wiem jak to ująć. Czułem, że muszę. To nie jest nawet najlepsza historia. Gdy się oświadczyłem… - monolog mężczyzny przerwało pikanie maszyny. Czas wskazywał 2:20.
- Co? Co znowu? – Styles spojrzał na kroplówkę, która była pusta. – Szlag! Jaja sobie robisz? Zraz wracam. – szatyn wybiegł na korytarz i wyjął telefon, którym zaczął oświetlać drogę. Po drodze znalazł latarkę, które ułatwiła mu tylko sprawę.
- Kurde! – krzyknął, gdy nie mógł znaleźć potrzebnej rzeczy. Jego dziecko umierało, a on nie mógł znaleźć głupiej kroplówki, która teraz była największym skarbem świata.

~.~.~.~.~.~.~.~.~

No i mamy już 6 ^^ Troszkę akcji pod koniec XD Do następnego ;p 

sobota, 1 lutego 2014

Rozdział 5

Harry przemierzał szpitalne korytarze z masą jedzenie na rękach. Mężczyzna spojrzał przez okno na jednej z sali, a widok nieba zadowolił go. Czarne chmury nie zwiastowały dobrej pogody, jednak teraz przebijało się przez nie słońce.
- Wreszcie się przejaśnia. – powiedział do sobie Styles.

„ Wody jeziora Pontchartrain zniszczyły wały przeciwpowodziowe. Widzimy najnowsze zdjęcia z miejsca kataklizmu. Nic nie stoi na przeszkodzie powodzi.

2:20 pm

Harry siedział zgarbiony na małej kanapie i słodko pochrapywał. 26 – latek zerwał się, gdy usłyszał głośny szum.
- Halo? – zawołał mężczyzna i wstał z siedzenia. – Jest ktoś tutaj? – szatyn rozejrzał się po korytarzu, jednak nikogo nie zastał. Zielonooki przebiegł obok małego telewizora na którym wyświetlał się widok z kamer. Styles wrócił się i spojrzał na sprzęt. W poczekalni, na pierwszy piętrze była masa wody, która z każdą sekundą unosiła się. Harry zbiegł po schodach na dół, ale nie dotarł do końca. Musiał się zatrzymać w połowie, ponieważ woda naprawdę tam była. Światło zgasło, a młody ojciec biegiem ruszył do córki, krzycząc krótkie „nie!”. Mężczyzna spojrzał z niepokojem na monitor od respiratora, a jego serce stanęło na kilka sekund. Na wyświetlaczu widniał napis „Czas do wyczerpania baterii”, a pod spodem widniał czas, który wynosił 3 minuty.
- Nie rób mi tego. – szepnął mężczyzna i otworzył płytkę, gdzie znajdowało się zasilanie. – Hej bateria jest na wyczerpaniu! – brunet z powrotem na korytarz, szukając kogokolwiek.
- Jest tu ktoś? – Harry wyciągnął telefon i zaczął nim świecić, próbując coś zobaczyć w ciemnym holu. – Siostro! – Styles złapał za klamkę i otworzył drzwi od schowka.
- Szukam baterii – szepnął szatyn i zaczął przeglądać półki. W jego oczy rzucił się agregat prądotwórczy, który przeniósł do pokoju córki. Następnie podłączył maszynę do respiratora i zakręcił wajchą. Czas znów wyrównał się do 3 minut. Mężczyzna znowu zakręcił, a czas ponownie dobił do 180 sekund.
- Dawaj stary rzęchu. – mruknął, ale to i tak nic nie pomogło. Bateria nadal była na wyczerpaniu. – Nie ładuje się.
- Czy może ktoś tu przyjść? – krzyknął Harry, stojąc drzwiach. – Na pomoc! Jest tu ktoś? – korytarz pozostał pusty. Wiara Harry’ego malała z każdą sekundą.

Cały parter zalany.

- Jestem w Sali 204! Sala 204. Proszę! – mężczyzna wrócił do sali i spojrzał na monitor.
- Harry?
- Shelly. – do środka weszła kobieta ubrana w żółtą kurtkę z dzieckiem na rękach.
- Przerwało wały. Ulice zalane. Możesz jeszcze wyjść na tyły.
- Musimy zabrać ją z tym wszystkim. Bateria jest stara. Ładuje się tylko chwilę. Najwyżej 3 minuty  – nawijał szatyn.
-  Gdzie chcesz ją przenosić. – zapytała Shelly.
- Przewieźć ją autobusem.
- Nie ma już autobusów.
- Możemy wejść kilka pięter wyżej, na dach, i zaczekać na helikopter. – zasugerował Harry. Shelly pokręciła głową i ponownie spojrzała na 26-latka.
- Windy nie działają, a sami nie wniesiemy tego po schodach. Zaczekajmy aż włączą prąd, wtedy sprowadzimy helikopter.
- Zostaliśmy sami?
- Tylko, dopóki nie włączą zasilania.
- Gdzie doktor Edmonds?
- Odjechał godzinę temu. – Styles spojrzał na nią zszokowany. – Eskortował pacjentów z OIOM-u. Miał wrócić autobusem, ale wdarła się woda i… - szatyn zakręcił agregatem i odpowiedział kobiecie.
- Nie ruszam się stąd. – położna kiwnęła głową i już chciała wyjść, gdy dobiegł ją głos zielonookiego. -  Shelly! Nigdzie nie idę. Co jeszcze można zrobić? Chodź tu. Co jeszcze mogę zrobić?
- Sprowadzę pomoc.
- Trzymaj się. Dobra, idź. Masz rację, idź. Pośpiesz się. – kobieta pobiegła, a Harry znowu naładował baterię.

„ Biuro zarządzania kryzysowego prosi o pomoc posiadaczy łodzi. W wielu przypadkach nie da się dotrzeć do potrzebujących, ponieważ drogi są zalane.”

Dwie godziny po odcięciu prądu
4:15 pm

Harry przyniósł sobie więcej jedzenia. Mężczyzna odpakował batonika, ugryzł kawałek i spojrzał na córkę.
- Chciałabyś trochę? – zapytał brunet, małej Darcy. – To niezdrowe dla dzieci. Tam masz papu. Wszystko, czego ci trzeba. Dobre? – 26-latek zakręcił wajchą i z uśmiechem na ustach znowu spojrzał na małą istotkę, która była całkowicie bezbronna. Tym razem czas nie wynosił już 3 minut, tylko zaledwie 2:47. Harry powtórzył czynność, ale znów wyskoczyła ta sama liczba. 2:47. Zrezygnowany mężczyzna spojrzał na córkę.
- Nie wariuję, tylko mam chęć mówić. – szepnął chłopak i zaczął swój monolog.

~.~.~.~.~.~.~.~.~

OŁ MAJ GAD. HARRY MA DZIŚ 20 LAT :O NIE WIERZĘ. DLA MNIE WCIĄŻ BĘDZIE TYM SAMYM 16-LATKIEM Z XF :’) NO TO ŻYCZĘ MOJEMU SKARBOWI, ŻEBYŚMY RESZCIE SIĘ SPOTKALI I ŻEBY BYŁ SZCZĘŚLIWY <3


I WGL TELEDYSK DO MM JEST TAKI ABSHNFJMJE *O* 

P.S Tak, rozdział jest specjalnie dziś dodany :3 Przepraszam, że tak długo zwlekałam, ale musiałam go dodać w ten specjalny dzień <3 

wtorek, 21 stycznia 2014

Rozdział 4

Gdy po raz kolejny zgasło światło, zaniepokojony Harry podszedł do respiratora i nachylając się spojrzał, czy jego córka nadal może oddychać. Okazało się, że maszyna naprawdę ma dodatkowe baterie, a dziecku nic nie grozi.
- Słyszałaś? Wszystko będzie dobrze. –szepnął szatyn, próbując uwierzyć we własne słowa.

10:47 am

Harry usłyszał dość głośne szmery, a gdy podniósł głowę do góry zobaczył, że obok drzwi przebiega masa ludzi. Zdezorientowany chłopak próbował kogoś złapać, jednak na marne, bo każdy go ignorował.
- Co się dzieje? – zapytał mężczyzna, gdy wysoki chłopak zwrócił na niego uwagę.
- Musimy iść. – rzucił i odszedł. Styles wszedł pomiędzy ludzi, szukając lekarza lub Shelly.
- Trzymajmy się razem. – krzyknął ochroniarz, popędzając tłum.
- Co się dzieje? – Harry zwrócił się do wcześniej wspomnianego mężczyzny z plakietką „ochroniarz”.
- Zarządzono ewakuowanie. – 26-latek zatrzymał się. Jakie ewakuowanie? Przecież doktor mówił, że wszystko będzie dobrze – pomyślał szatyn, a następnie odwrócił się w przeciwną stronę i odszedł. Światło zgasło na znacznie dłużej niż przedtem, a ludzie zaczęli narzekać.
- Wszyscy do wyjścia! – Harry usłyszał znajomym głos, który powiadamiał go o śmierci jego żony. Obok drzwi przemknął lekarz.
- Panie doktorze! – zawołał Styles, a mężczyzna odwrócił się z niemowlęciem na rękach. – Mówił pan, że wszędzie jest źle.
- To nie moja decyzja. – mruknął, a do jego uszu dotarł hałas – Apeluję o spokój!
- Szpital jest zagrożony? – Haz ponownie zwrócił na siebie uwagę.
- Przeludnienie i niedobór personelu. Administracja dmucha na zimne. Przenosimy lżej chorych pacjentów.
- Co będzie z moją córką?
- Respirator nie jest przenośny. W razie nakazu ewakuacji, zostaniecie przewiezieni osobno do Miłosierdzia.
- Czyli wraca pan tutaj?
- Nigdzie nie idę. – medyk chciał już iść, jednak ponownie dobiegł go dźwięczny głos Harry’ego.
- Proszę mi dać znać, jeśli mogę pomóc. – zniecierpliwiony doktor odwrócił się z kamiennym wyrazem twarzy.
- Oczywiście. Może pan zatrzymać burzę? – zapytał niemiło. – Idziemy! – reszta personelu przeszła obok nich, a murzyn ruszył za nimi.

12:02 pm

Harry rzucił na blat tacę i przesunął w stronę lodówek, w których nie zastał ani grama jedzenia.
- Hej, przegapiłeś imprezę. – do szatyna podszedł kucharz, wycierając szklankę.
- Na to wygląda. – mruknął Styles.
- Do Miłosierdzia?
- Co proszę? – 26-latek zmarszczył brwi i spojrzał wyczekująco na towarzysza.
- Wszyscy się przenoszą do Szpitala Miłosierdzia. – mężczyzna był zaskoczony jego niewiedzą.
- Nie, muszę zostać. – kucharz przewiesił sobie ręcznik przez ramię.
- Zamykamy stołówkę.
- Możesz mi dać coś na wynos. – poprosił Harry.
- Pielęgniarki wszystko zabrały.
- Rozmienisz mi na drobne? – zielonooki wyciągnął skórzany portfel i podał kilka dolarów. Pracownik stołówki podszedł do kasy i garściami zaczął wyciągać monety, wkładając je w ręce szatyna.
- Na parterze wszystkie stoją puste. – zaczął tłumaczyć jeden z personelu. – Idź na trzecie, do poczekalni przed blokiem operacyjnym.
- Dzięki.
- Odjeżdżam z następną turą. Kuchnie mają pełne, ale brak kucharzy. – wskazał na siebie.
- Powodzenie.
- Nawzajem. – mężczyźni uścisnęli sobie dłonie.
- Hej! – krzyknął pracownik do odchodzącego Harry’ego. – Weź wędlinę. – podał mu szarą torebkę. – Nie mam bułek, ale jest tu salami i indyk. Weź.
- Nie będę ci odbierał z ust.
- Tobie bardziej się przyda. – faceci ponownie uścisnęli sobie dłonie. – Bo bym się pogniewał. – Zażartował kucharz.
- Dzięki bardzo. – powiedział Harry i ruszył w stronę wyjścia.
- Nie zjedz wszystkiego naraz. – usłyszał jeszcze głos dumnego pracownika ze swojego czynu. Zielonooki z uśmiechem na ustach pobiegł do automatu. Czuł, że wszystko będzie dobrze.

~~~~~~~~~~~~~~~~
No to mamy długo oczekiwany rozdział 4! Chciałabym cholernie przeprosić tych co tak długo czekali :c Już biorę się za 5! A właśnie, jak wam się podoba nowy wygląd bloga? Tymczasem chcę was zaprosić na mojego nowego bloga, który jest tłumaczenie - Never Broken

Czytasz = komentujesz!

Chciałabym zobaczyć ile was jest.

wtorek, 24 grudnia 2013

Rozdział 3


Jesteście jak stare, dobre małżeństwo. W głowie Harry’ego nadal odbijały się słowa jego kumpla, gdy wszedł do śnieżnobiałego korytarza. Martwię się o wasze dzieci. Szatyn oparł się o ścianę, przypominając sobie jaka rozbawiona była wtedy Claire. Nie planujemy dzieci. Po jego policzku popłynęła samotna łza. Dlaczego tak naciskał na Darcy? Gdyby nie chciał mieć potomków, Dar stałaby obok śmiejąc się z niego. 26-latek podniósł głowę, słysząc szmer. 10 m od niego przejechał mężczyzna z wózkiem, na którym leżało ciało człowieka, owinięte prześcieradłem. Haz spuścił głowę, ale do jego głowy przyszedł genialny pomysł. Zerwał się z miejsca i zajrzał przez szybkę, gdzie przed chwilą zniknął pracownik szpitala. Styles wszedł do środka i rozejrzał się po kolejnym korytarzu, na którym tym razem znajdowały się prześcieradła. Jego oddech uwiązł w gardle. To właśnie tutaj trafiają wszyscy zmarli ludzie, przed zakopaniem ich głęboko pod ziemią. Powolnym krokiem ruszył do pierwszego ciała i spojrzał na plakietkę, na której widniało imię Christopher. 2 człowiek. Amy. 3 ciało. Lucy. Chłopak z wielką nadzieją podbiegł do 4 osoby. Jake. Jego twarz rozświetliła się. Skoro nie ma ty Darcy, to znaczy, że ona żyje, a on został świadkiem w ogóle nie śmiesznego żartu. 5 ciało. Kate. 6 zmarły. Mike. Harry prawie skakał z radości, gdy spostrzegł ostatniego człowieka leżącego na ziemi. Przełknął głośno ślinię i powoli podszedł, klękając przy zmarłym. W jego oczach pojawiły się łzy, gdy zobaczył dane

Styles, Darcy.
Age: 25.
7:00 am.

Czyli to prawda. Jego żona nie żyje. Szatyn nachylił się nad ciałem ukochanej i chcąc powstrzymać łzy, pociągnął nosem.
- Darcy! – szepnął cichutko. – Nie chcę już dziecka. Chcę ciebie. Ciebie. – samotna łza skapnęła na białe prześcieradło. – Błagam. – 26-latek położył głowę na jej szyi.
- Proszę pana! Tu nie można wchodzić. – Haz usłyszał głos dochodzący niedaleko jego.
- Moja żona... – powiedział wstając. – To moja żona.
- Przykro mi, ale wejście ma tylko personel. – wytłumaczył bardzo młody lekarz.
- Nie powinna leżeć tak na podłodze. – Styles zignorował go.
- Mamy dziś pełne ręce. – mruknął niemrawo pracownik.
- Włóżcie ją chociaż do worka. – Harry zaczął gestować rękami.
- Naprawdę nie ma miejsca gdzie indziej.
- To zajmie minutę. Połóżmy ją na podwyższeniu. Łap za nogi.
– Dobrze. -  zrezygnowany doktor spełnił jego prośbę i wraz z brunetem położyli ciało zmarłej dziewczyny na podwyższeniu, owijając ją workiem. Haz zapiął zamek i spojrzał na pomocnika, lekko się uśmiechając.
- Dziękuję. Naprawdę. – pracownik pokiwał ze zrozumieniem głową.
- W porządku. – kiwnął głową, bacznie obserwując Harry’ego. – Współczuję panu. Jak umarła?
- Przy porodzie córki. – zielonooki spojrzał na ciało zmarłej żony.
- Przynajmniej ma pan dziecko. To dobrze.

„ Tysiące ludzi spało, gdy podniósł się huk. Katrina waliła w dach, próbując dostać się do środka.”

9:33 am

Masz jedną wiadomość w skrzynce. Harry przyłożył telefon do uch i ze łzami w oczach, zaczął odsłuchiwać wiadomość sprzed kilku godzin od jego żony.
- Cześć, kochanie. Mówiłam, że nic mi nie jest, ale teraz serce wali mi jak oszalałe. Chyba powinnam pojechać do szpitala. To pewnie nerwy. Ty zdecyduj. Ufam ci. – mówiła Darcy. Haz nadusił guzik, włączając wiadomość jeszcze raz. Przesłuchiwanie przerwał mu dźwięk, który powiadomił go o braku sygnału. W otwarte drzwi ktoś lekko zapukał. Haz rzucił telefon w róg kanapy na której siedział i spojrzał w stronę gościa. Była to blondynka o dużych niebieskich oczach, która była położną.
- Pan Styles? – zapytała, a 26-latek kiwnął głową.
- Mam na imię Shelly. – pielęgniarka podała mu dłoń.
- Harry. – szatyn odwzajemnił jej gest.
- W razie czego, jestem w pobliżu. To dla pana. – kobieta podała mu kartkę, na której miał w wyznaczone pole wpisać imię córki. – Akt urodzenia córki. – powiedziała, podając mu długopis.
- Dziękuję. – szepnął brunet, skupiając się na papierze.
- Wybrał pan już imię?
- Rozmawialiśmy o tym, podobało mi się Healey. Ale żonie wcale. – powiedział śmiejąc się.
- W tej chwili popularne jest Katrina.
- Dar, moja żona, miała ulubione miejsce. Lubiła drzewo w parku koło nas. Kilka lat temu trafił w nie piorun, ale urządziliśmy tam piknik i mówiła, że czuje się pod nim bezpiecznie. Bo mówią, że piorun nigdy nie uderza dwa razy w to samo miejsce. Myśli pani, że to prawda? – Styles uważnie patrzył na lekko zmieszaną położną.
- O piorunie? – zapytała niepewna, a szatyn skinął głową. – Pewnie tak.
- Może nie tylko o piorunie. – szepnął Harry i wpisał jako imię dziecka, Darcy. Kobieta odebrała od niego kartkę z długopisem i stanęła ponownie w drzwiach. Światło zaczęło migać, a Haz spojrzał niespokojnie na Shelly.
- Co będzie, gdy zabraknie prądu? -  zapytał Haz.
- Są zapasowe generatory. Będzie dobrze. – blondynka poklepała go pocieszająco po ramieniu. – Szpital wytrzymał niejedną burzę, a większość sprzętu ma zapasowe baterie. Wszystko będzie dobrze.
- Dziękuję.
- Nie ma za co. – Shelly opuściła salę, a Harry ponownie usiadł słuchając wiadomości od swojej żony.

~~~~~~~~
No witam, witam ^^ Przepraszam za tak długą nieobecność, ale naprawdę święta mnie wykańczają. Rozdziału możecie się spodziewać pojutrze x No i Wesołych Świąt, pyśki! <3

wtorek, 10 grudnia 2013

Rozdział 2



/Tekst pisany kursywą jest fragmentem wspomnień. Zapraszam do czytania x/


Harry wraz z lekarzem przystanął na korytarzu.
- Co z nią? – zapytał niespokojnie szatyn spoglądając na mężczyznę w kitlu.
- Wiedział pan, że to dziewczynka? – Doktor kompletnie go zignorował.
- Co wiedziałem?
- Ma pan córkę. – mężczyźni zaczęli spacerować korytarzem.
- Córkę? – do Harry’ego nadal nie docierała ta wiadomość.
- Zaprowadzę pana do niej. Przez następne dni musi być na obserwacji. OIOM jest zatłoczony. Umieściłem ją w prywatnej sali. – tłumaczył medyk z uśmiechem na ustach.
- Co z Darcy? – Styles spojrzał na towarzysza, który w jednej sekundzie spoważniał, a jego uśmiech przerodził się w grymas.
- Przetoczyliśmy jej całą krew, jaką mieliśmy. Robiliśmy co w naszej mocy, ale wątroba przestała pracować. Wykrwawiła się. Przykro mi. – lekarz głęboko westchnął.
- Czyli co? – prychnął Haz. Przecież Darcy nie mogło nic się stać. Była silną kobietą.
- Panie Styles... – mężczyźnie wydawało się być to trudniejsze niż myślał. - ... bardzo mi przykro. Zmarła o godzinie 7. – wydusił z siebie.
- Nie Dar. – szepnął nerwowo Harry.
- Współczuje panu.
- Nie moja Dar. Nic jej nie jest. – powiedział chłopak. Lekarz jedynie pokręcił przecząco głową. – Powiedz, że nic jej nie jest! – Haz krzyknął, a jego głos pod koniec się załamał. Doktor zrobił krok do tyłu bojąc się reakcji 26-latka. - Powiedz, że się wykaraska. Chodźmy do niej. Już dobrze. – Szatyn zaczął gestować rękami.
- Panie Styles... – medyk wyciągnął w jego stronę rękę, a szatyn uniósł palec.
- Nie dotykaj mnie, tylko mów. – warknął Harreh, a w jego oczach zalśniły łzy – Powiedz, że nic jej nie jest.
- Bardzo panu współczuję. – powiedział szczerze doktor.
- Nie chcę twojego współczucia. – mruknął brunet i przysiadł na poręczy przymocowanej do ściany. Następnie schylił głowę w dół, a po jego policzkach popłynęły łzy. Mężczyzna w kitlu ponownie spróbował dotknąć jego ramienia, na co Harry uderzył go w rękę i spojrzał groźnie. Chłopak uniósł palec wskazujący, a medyk odsunął się.
- Panie Styles... – powiedział cichutko i tym razem złapał Styles’a za ramię. Szatyn dzielnie uniósł głowę, a na jego policzkach można było zauważyć mokre ślady.
- Zaprowadzę pana do córki. – Haz kiwnął głową i pociągnął nosem, ruszając za lekarzem.
- To tutaj. – po krótkim czasie doktor wskazał na otwarte drzwi. – Tam leży. – wskazał palcem.
- W czym? – zapytał zdezorientowany chłopak.
- Jest podłączona do respiratora. – medyk podszedł do dziecka, a zielonooki niepewnie za nim ruszył. – Nie jest jeszcze w stanie oddychać samodzielnie. Maszyna jej w tym pomaga. – kontynuował. – Odżywiamy ją przez kroplówkę. Wkrótce będzie silna i zdrowa. Ma pan pytania?
- Jak się czuje Darcy? – zapytał nieświadomy swoich słów. Doktor podszedł do niego i bez słowa wyjął mają latareczkę, którą zaświecił, zaglądając w zielone oczy.
- Podam panu lek. Lepiej się pan poczuje. – powiedział mężczyzna, jednak Harry mu przerwał.
- Nic mi nie jest. Głupie pytanie.
- W porządku. – doktor posłał mu lekki uśmiech i poklepał po ramieniu. – Położna zajrzy niedługo. – powiedział przy wyjściu. Lokowaty spojrzał w górę, ponieważ światło nad jego głową zaczęło migać.
- Jak długo ma jeszcze oddychać? – zapytał spoglądając na lekarza stojącego w drzwiach.
- Jakieś 48 godzin. Za wcześnie, by to stwierdzić. Gdy zacznie płakać, to znaczy, że najgorsze za nią. Pierwszy płacz to zawsze dobry znak. Do zobaczenia. – odpowiedział, a światło ponownie zgasło i się zapaliło.
- Będziecie ewakuowali pacjentów z powodu burzy? – Styles wskazał swoim palcem na światło.
- Huraganu. – dopowiedział doktor, a jego źrenice się powiększyły. – Można spekulować, że lepiej by było w Szpitalu Miłosierdzia albo Lindy Boggs. Ale to nic nie da. Niech pan czuwa przy córce. – medyk wyszedł z pokoju, a Harry rozejrzał się dookoła i podszedł do maszyny.
- Nie znam cię. – szepnął, patrząc na małą istotkę.

„ - Facet sięgnął po broń, więc zacząłem się z nim mocować. – zaaferowany Harry opowiadał, nie dając dojść do słowa swojej żonie.
- A to wszystko w biały dzień, na parkingu przed bankiem. – wtrąciła się Darcy.
- Też wolę rabować za dnia. – zaśmiał się ich przyjaciel, Louis. Na co jego dziewczyna Claire, klepnęła go w ramię.
- Kierowca wysiadł i biegnie w naszą stronę. A ja się bawię w „ kto pierwszy do spluwy”. Tymczasem kierowca nie złapał za broń... – kontynuował Styles.
- Tylko za pieniądze. – dodała Dar na co kolejni znajomi Stylesów – Perrie i Zayn – kiwnęli głowami. – W torbie sportowej.
- Złapał ją i wraca do auta, a ten w pończoszce na głowie wrzeszczy. – powiedział Harry, ale Darcy mu przerwała. Kolejni przyjaciele pary – Liam i Danielle – kiwali głowami, zafascynowani opowieściami.
- „ Larry, ani się warz!” – Darcy zacytowała mężczyznę, przyciszonym głosem, a wszyscy się zaśmiali.
- Kierowca Larry spływa w podskokach, ledwie wyjechał na ulicę, a tu mydelniczka wjeżdża mu w dupę. – Harry szeroko się uśmiechał, gestując rękami.
- Moje auto to nie mydelniczka. – warknęła Darcy.
- Jest malutkie. – powiedział chłopak w swojej obronie.
- Ale skuteczne. – żona spojrzała na niego.
- Ty dokończysz, czy ja? – zapytał Haz na co Dar się ucieszyła.
- Podeszłam do niego i potraktowałam go gazem. – powiedziała zafascynowana, a Claire zaczęła cichutko chichotać.
- To był lakier do włosów. żaden gaz. – dodał Harreh, na co kobieta spiorunowała go wzrokiem.
- Zwykły lakier! – pisnęła. – Oślepiłam go i nie mógł zwiać. Spisałam się. Zaraz potem przyjechała policja. – dodała i spojrzała czule na swojego, śmiejącego się męża. – Już na gotowe. – Haz przytaknął, co ona jeszcze raz potwierdziła.
- Tak się poznaliśmy. – Harry się uśmiechnął i pocałował Darcy, a wszyscy wybuchli głośnym „ awww”.


~~~~~~~~~
Tak, wiem rozdział miał być wczoraj, ale nie wyrobiłam się, za co strasznie przepraszam. Do następnego c;

środa, 4 grudnia 2013

Rozdział 1


Z dedykacją dla mojej ukochanej Claire
Kocham Cię, kicia <3

 /Tekst pisany w cudzysłowiu jest fragmentem wiadomości. Zapraszam do czytania./

W Nowym Orleanie panowała późna jesień. Na drzewach ledwo trzymały się pomarańczowe liście, a ludzie chodzili opatuleni w ciepłe płaszcze. Na boisku biegały małe dzieci przygotowując się do meczu piłki nożnej. Niedaleko od nich stała kobieta wieszając skarpetki i patrząc dumnie na „sportowców”. Obok ciemnego domu, na huśtawce siedział chłopak patrząc smutno na ciemne chmury, które z każdą sekundą były jeszcze ciemniejsze i większe.  Z nieba zaczęły spadać wielkie krople wody. Ulice przemierzała karetka z kobietą w ciąży. Chwilę później byli już w szpitalu.
- Ciśnienie skacze. - powiedziała pielęgniarka, a ciężarna zajęczała z bólu.
- Kiedy się to zaczęło? - zapytał lekarz.
- W nocy. - odpowiedział mąż dziewczyny, Harry.
- Termin jest blisko? - ponownie zapytał doktor.
- Dopiero za 5 tygodni. - szepnął zdenerwowany Haz. Bardzo martwiło go zdrowie jego żony, Darcy.
- Już mi lepiej. - powiedziała Dar głęboko oddychając.
- Jak ciśnienie?
- Nadal wysokie. - stwierdziła pielęgniarka patrząc na lekarza.
- Zaraz coś zaradzimy. - powiedział spokojnie.
- Harry, mów do mnie. Cokolwiek. - mruknęła jego żona ściskając mocno jego dłoń.
- Wszystko będzie dobrze. - Haz złożył na jej ustach delikatny pocałunek. - Połóż się i oddychaj. - jego ukochana zaczęła wić się z bólu.
- Proszę tu zaczekać. - lekarz lekko go odepchnął. Zrezygnowany Harry puścił dłoń Darcy.
- Moje dziecko! - jęknęła dziewczyna.

”... huragan kategorii 4 lub 5”
              
     Z dworu, na którym panowała wichura wyginając drzewka, wszedł do szpitala mężczyzna ubrany w żółty płaszcz. Po chwili w pomieszczeniu znalazł się również Harry. Zdenerwowany chłopak spojrzał na zegarek.

Poniedziałek, 29 sierpnia 2005 rok
5:51 am

Haz usiadł na niewygodnym krzesełku i schował głowę w dłonie modląc się. Nie rozproszył go nawet huk wywołany przez szybę, która rozprysła się na miliony kawałeczków przez szalejący za dworze wiatr.
- Wszyscy muszą wyjść! – krzyknęła ordynatorka wyganiając ludzi z poczekalni. – Na drugie piętro! – kobieta nadal nie zauważyła Harry’ego. Do rozbitego szkła podbiegli ochroniarze z dużą matą zakrywając dziurę.
- Proszę pana, idziemy na górę. – Murzynka uklękła obok nieobecnego Styles’a.
- Lekarz kazał mi czekać tutaj. – powiedział Haz spoglądając na kobietę.
- Tam też pana znajdzie. – Ordynatorka poprosiła go, żeby udał się na górę. Harry spojrzał na nią błagalnie, jednak po wpływem jej wzroku wstał ze swoje miejsca i potruchtał na 2 piętro. Chłopak usiadł na krześle, a jego noga zaczęła drgać od zdenerwowania. Haz przyjrzał się swojej obrączce i okręcił ją na palcu.

„ Katrina kieruje się na północny zachód, prosto na wybrzeże, z prędkością 280 km/h. Nowy Orlean czeka ciężka przeprawa.”


Poniedziałek, 29 sierpnia 2005 rok
7:15 am

Noga Harry’ego nadal drgała.
- Manuel Diego! Jest tu ktoś taki? – do pomieszczenia wszedł lekarz ubrany w biały kitel. Serce lokowatego zabiło mocniej, jednak jak usłyszał imię wołanego chłopaka zamarł. Co z jego Darcy? Dlaczego nikt do niego nie przychodzi od prawie 2 godzin?
- Panie Styles, proszę za mną. – do Harry’ego podszedł doktor prowadzący ciąże Darcy. Jego ręce zaczęły się pocić, a nogi trząść. Co z jego Darcy?


~~~~~~~~~~
Rozdział miał być jakieś 3 dni temu i miał być o wiele dłuższy. Przepraszam za takie spóźnienie, ale ten weekend był dla mnie koszmarny. Kłótnia z przyjaciółką i jeszcze mój ukochany aktor umarł. 2 rozdział przewiduję za jakieś 3-4 dni.

wtorek, 26 listopada 2013

Wstęp

Na początek kilka słów :3 Jestem wielką fanką filmów akcji i horrowrów. Po obejrzeniu filmu „Hours” w mojej głowie pojawiła się wizja zrobienia z tego opowiadania, a jako iż jestem Directionerką to przerobiłam to lekko. Opowiadanie będzie pisane w 3 osobie i jest MOJEGO autorstwa. One Direction nie istnieje. Pierwszy raz piszę coś takiego, więc bądzcie wyrozumiali. Mam nadzieje że wam się spodoba tak jak mi. Zapraszam do czytania i komentowania  =) 


Opis:  Nowy Orlean. Harry Styles przybywa do szpitala, kiedy dowiaduje się, że jego ciężarna żona, Darcy, uległa wypadkowi. W wyniku przedwczesnego porodu na świat przychodzi dziewczynka, która zostaje podłączona do respiratora pomagającego oddychać, a komplikacje poporodowe sprawiają, że Darcy umiera. W międzyczasie miasto pustoszy potężny huragan Katrina, wymuszając ewakuacje szpitala. Harry nie zamierza jednak go opuszczać i decyduje się pozostać z córeczką, która nie przetrwa poza komorą wentylacyjną. W obliczu rosnącego poziomu wody i braku zasilania ojciec walczy nie tylko o utrzymanie dziecka przy życiu, ale i o przetrwanie.